Róbmy kontrrewolucję, ale z głową!

by AlbertoCarlos

Że ustawa o związkach małżeńskich, zaprezentowana w parlamencie jest bezzasadna, tego pisać nie będę. Tuszę, że jej autor, którego, jak zapewne większość mieszkańców Bialenii, darzę znaczną estymą, już zdążył nasłuchać się bluzgów pod adresem tego nieszczęsnego aktu prawnego. Ale tutaj chciałbym stanąć w obronie instytucji małżeństwa, którą rozumiem raczej jako pewną formę. Odpowiadając zawczasu na wszelkie zarzuty – tak, będę prowadził idiologiczną wojenkę – i tu nawet nie chodzi o moje poglądy na tę sprawę, których i tak czytelnik może się domyślić, ale o prawdę i zdrowy rozsądek.

Ad rem, czymże jest to „małżeństwo”? Tradycyjnie uznaje się je za, usankcjonowany prawnie, związek mężczyzny i kobiety. Kropka. Zdaję sobie sprawę, że – chcąc nie chcą – płeć (w warunkach mikronacyjnych!) jest pojęciem względnym. Każdy może, gdy tylko będzie tego chciał, dokonać jej zmiany. Wszak to tylko kwestia wpisania pewnej informacji do komputera – nie jest w stanie sprawdzić, czy jest ona prawdziwa, czy też nie. Ja jednak postuluję, zachowajmy szacunek dla tej tradycyjnej formy, uznajmy, że małżeństwo – jako sama nazwa wskazuje, jest to związek kobiety oraz mężczyzny. Co prawda nasze prawo, a konkretniej Kodeks Cywilno-Karny, co zresztą zostało potwierdzone wyrokiem sądu, zakłada inną definicję – nie bierze płci pod uwagę. Ale czy to jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem, etymologią oraz tradycją, nie tą republikańską, przesiąkniętą kadafizmem i swarzyzmem, ale tą uniwersalną, wieczną. Ustalmy więc, że małżeństwo jest właśnie takim związkiem – mężczyzny i kobiety. Dla samej idei i szacunku dla formy. Niechaj to małżeństwo, jako i Bóg przykazał, ma prawo do adopcji i do ślubu kościelnego (o ile dana wspólnota religijna zakłada taką możliwość). Do niczego więcej nie namawiam. Jestem faszystą? Może niektórzy mnie tak nazwą…

https://i2.wp.com/i233.photobucket.com/albums/ee15/kjk76_93/ibl22739n68jy.jpg

A co z tymi, którzy chcą żyć w związkach partnerskich (czy, jak ich tam zwał…)? Niechaj sobie żyją, zakazywanie im tego, w warunkach mikronacyjnych, nie miałby najmniejszego sensu. Ale dla Boga, nie nazywajmy tego małżeństwem! Przecież to pomieszanie z poplątaniem. Tak, wiem że nasze prawo definiuje tę kwestię inaczej, sam ją zresztą tak musiałem definiować jako sędzia – chcąc nie chcąc, urzędnik państwowy i niewolnik prawa. Cóż zatem proponuję? Dlaczegóż by nie wprowadzić dwóch osobnych instytucji – małżeństwo, rozumianego jako związek dwóch osób różnej płci oraz związku partnerskiego, rozumianego jako związek dwóch osób, naturalnie obie usankcjonowane prawnie. Niecha osoby, żyjące w związkach cywilnych (partnerskich?) mogą adoptować dzieci. Wszak to ich święte prawo, zwłaszcza że, nie oszukujmy się, w warunkach mikronacyjnych nie mają one wpływu na ich wychowanie. Brońmy tradycyjnych form i właściwej nomenklatury, a przede wszystkim – prawdy, bo jak pisze klasyk, to tylko ona jest ciekawa. Cóżem rzekł, to powtórzę – Róbmy kontrrewolucję, ale z głową! Niechaj nam tej głowy nie zaprzątają różne dziwne projekty, które chcą negować rzeczywistość oraz grzeszyć nieretroakcyjnością prawa.

Na koniec przytoczę wyjątek z uzasadnienia wyroku, który swego czasu wydałem:

Mimo to Sąd dostrzega pewne nieścisłości natury etymologicznej w zakresie definicji małżeństwa, dlatego – a także z powodu konserwatywnego charakteru własnego sumienia – zaleca, by właściwa instytucja ustawodawcza dokonał rozróżnienia w prawie odnośnie instytucji małżeństwa (według tradycyjnego jej znaczenia) oraz instytucji związku partnerskiego (rozumianego jako związek dwóch osób).

Reklamy