Corona Locuta

Gazeta Klubu Konserwatywnego

Month: Październik, 2015

Róbmy kontrrewolucję, ale z głową!

Że ustawa o związkach małżeńskich, zaprezentowana w parlamencie jest bezzasadna, tego pisać nie będę. Tuszę, że jej autor, którego, jak zapewne większość mieszkańców Bialenii, darzę znaczną estymą, już zdążył nasłuchać się bluzgów pod adresem tego nieszczęsnego aktu prawnego. Ale tutaj chciałbym stanąć w obronie instytucji małżeństwa, którą rozumiem raczej jako pewną formę. Odpowiadając zawczasu na wszelkie zarzuty – tak, będę prowadził idiologiczną wojenkę – i tu nawet nie chodzi o moje poglądy na tę sprawę, których i tak czytelnik może się domyślić, ale o prawdę i zdrowy rozsądek.

Ad rem, czymże jest to „małżeństwo”? Tradycyjnie uznaje się je za, usankcjonowany prawnie, związek mężczyzny i kobiety. Kropka. Zdaję sobie sprawę, że – chcąc nie chcą – płeć (w warunkach mikronacyjnych!) jest pojęciem względnym. Każdy może, gdy tylko będzie tego chciał, dokonać jej zmiany. Wszak to tylko kwestia wpisania pewnej informacji do komputera – nie jest w stanie sprawdzić, czy jest ona prawdziwa, czy też nie. Ja jednak postuluję, zachowajmy szacunek dla tej tradycyjnej formy, uznajmy, że małżeństwo – jako sama nazwa wskazuje, jest to związek kobiety oraz mężczyzny. Co prawda nasze prawo, a konkretniej Kodeks Cywilno-Karny, co zresztą zostało potwierdzone wyrokiem sądu, zakłada inną definicję – nie bierze płci pod uwagę. Ale czy to jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem, etymologią oraz tradycją, nie tą republikańską, przesiąkniętą kadafizmem i swarzyzmem, ale tą uniwersalną, wieczną. Ustalmy więc, że małżeństwo jest właśnie takim związkiem – mężczyzny i kobiety. Dla samej idei i szacunku dla formy. Niechaj to małżeństwo, jako i Bóg przykazał, ma prawo do adopcji i do ślubu kościelnego (o ile dana wspólnota religijna zakłada taką możliwość). Do niczego więcej nie namawiam. Jestem faszystą? Może niektórzy mnie tak nazwą…

https://i2.wp.com/i233.photobucket.com/albums/ee15/kjk76_93/ibl22739n68jy.jpg

A co z tymi, którzy chcą żyć w związkach partnerskich (czy, jak ich tam zwał…)? Niechaj sobie żyją, zakazywanie im tego, w warunkach mikronacyjnych, nie miałby najmniejszego sensu. Ale dla Boga, nie nazywajmy tego małżeństwem! Przecież to pomieszanie z poplątaniem. Tak, wiem że nasze prawo definiuje tę kwestię inaczej, sam ją zresztą tak musiałem definiować jako sędzia – chcąc nie chcąc, urzędnik państwowy i niewolnik prawa. Cóż zatem proponuję? Dlaczegóż by nie wprowadzić dwóch osobnych instytucji – małżeństwo, rozumianego jako związek dwóch osób różnej płci oraz związku partnerskiego, rozumianego jako związek dwóch osób, naturalnie obie usankcjonowane prawnie. Niecha osoby, żyjące w związkach cywilnych (partnerskich?) mogą adoptować dzieci. Wszak to ich święte prawo, zwłaszcza że, nie oszukujmy się, w warunkach mikronacyjnych nie mają one wpływu na ich wychowanie. Brońmy tradycyjnych form i właściwej nomenklatury, a przede wszystkim – prawdy, bo jak pisze klasyk, to tylko ona jest ciekawa. Cóżem rzekł, to powtórzę – Róbmy kontrrewolucję, ale z głową! Niechaj nam tej głowy nie zaprzątają różne dziwne projekty, które chcą negować rzeczywistość oraz grzeszyć nieretroakcyjnością prawa.

Na koniec przytoczę wyjątek z uzasadnienia wyroku, który swego czasu wydałem:

Mimo to Sąd dostrzega pewne nieścisłości natury etymologicznej w zakresie definicji małżeństwa, dlatego – a także z powodu konserwatywnego charakteru własnego sumienia – zaleca, by właściwa instytucja ustawodawcza dokonał rozróżnienia w prawie odnośnie instytucji małżeństwa (według tradycyjnego jej znaczenia) oraz instytucji związku partnerskiego (rozumianego jako związek dwóch osób).

Reklamy

Wprowadźmy obowiązkową pracę w piekarniach

Temat może być dla niektórych kontrowersyjny, ale w gruncie rzeczy jest on jak najbardziej racjonalny i logiczny. Dlaczego? Czy może być coś, co bardziej ubogaca człowieka (o ile takowy istnieje…) od pracy, co więcej, pracy obowiązkowej w piekarniach? Jestem święcie przekonany, że to podstawowy honor i obowiązek każdego prawdziwego patrioty bialeńskiego! Zacznijmy jednak od początku…

Obecnie społeczeństwo bialeńskie absolutnie nie przyjmuje się sprawami przemysłu piekarniczego. Z czego to wynika? Wydaje mi się, że zwykły Bialeńczyk nie dostrzega olbrzymiego wpływu, jaki na Republikę mają piekarnie, to olbrzymie pole do aktywności, które marnuje się i stoi odłogiem. Czy dobry chłop zostawia zdrową ziemię, by zajmować się czym innym? Bynajmniej tego nie robi. Drzewiej piekarnictwo rozwijało się i kwitło! Musimy wrócić do tego stanu, wszyscy obywatele bialeńscy powinni wspomóc rozwój przemysłu piekarniczego. Niecha każdy z nas dojrzy plusy dodatnie w tej zacnej inicjatywie. Nadajmy bialeńskim piekarniom nową jakość!

https://i1.wp.com/www.piekarniakwapisz.pl/historia/01.jpg

Jak to ma wyglądać w praktyce? Każdy obywatel będzie musiał odbyć zasadnicze praktyki pracownicze w piekarniach. Po upłynięciu terminu (dajmy na to – dwóch miesięcy), zdecydować, czy zamierza pozostać w piekarnictwie czy porzucić ten zacny zawód. W trakcie praktyk młodzi adepci zostaną zaznajomieni z niezbędną wiedzą (jak dobrze opisywać chleby? jakie praktyki stosować, by piekarnia nie straciła swej atrakcyjności? jak dobierać mąkę do wyrobu ciasta? co znajduje się w jakich klasycznych pieczywach?) oraz będą mogli uczestniczyć na specjalne wykłady indywidualne z piekarmistrzem. Dodatkowo każdy adept będzie mógł wybrać swoją specjalizację – niektórzy wolą ciasta, inni pieczywo, jeszcze inni drożdżówki – wachlarz możliwości jest bardzo szeroki. Po szkoleniu adept zostanie przydzielony do danej piekarni! Co będzie robił? Po prostu się nią zajmie. Piekarnictwo w końcu będzie żywym organizmem. Młodzi piekarze będą musieli prowadzić statystyki sprzedanego pieczywa, opisywania wystroju i sprzętu piekarni, a nawet partycypacji w ogólnobialeńskich zawodach piekarskich.

To oczywiście nie wszystko! Republika Bialeńska jest krajem, powstałym z kilku różnych państw. Nie możemy pozwolić, by klasyczne arkana, starożytnej sztuki piekarskiej, były inne w poszczególnych „regionach”. Wraz z postępem – i większą chęcią społeczeństwa – idei obowiązkowej pracy w piekarniach, będziemy dążyć do ujednolicenia miar i sposobu wyrobu chleba. Mogę śmiało powiedzieć, że jeśli ta zacna inicjatywa wejdzie w życie, to już za kilka(naście) miesięcy Brodryjczycy, Hasselandczycy i Bialeńczycy, a także inne nacje, zamieszkujące Republikę, będą mogły jeść chleb, wytwarzany podług tej samej recepty. Powiecie, że jestem idealistycznym-utopistą? Nie! Razem możemy to zrobić. Obywatele! Powiem krótko: razem ku powszechnej piekaryzacji Bialenii i industrializacji przemysłu chlebotwórczego.