Corona Locuta

Gazeta Klubu Konserwatywnego

Month: Sierpień, 2015

[Okiem Wielkiego Brata] – Po bitwie…

Opadł bitewny pył, porządek uchroniony. Co czuje zaś sam pan Swarzewski to jego słodka tajemnica. Bowiem republikańska szala sprawiedliwości przeważyła, żona na szafot, spokój i regime ponad wszystko, bo najważniejsze.

I nikogo już nie interesuje, że przy odważnikach jest zewsząd wyczuwalny brak Temidy, wszak jej rolę przejął już majstrujący przy onej wadze sprawiedliwości pan Kamiński, coraz zuchwalszy, coraz bardziej żądny krwi. Grutin, Aleksandra… kto kolejny? Tak, znalazła się już ofiara, niejaki Klepka. Po cóż sądzić, po cóż oddawać zadość powadze Sądu, skoro nieomylne Oko Sprawiedliwości wie lepiej?

Ale tym razem nieomylność została o dziwo (!) zbesztana i to p u b l i c z n i e.

Wkroczył bowiem do akcji Pierwszy Obywatel Republiki, za co mu chwała.

Bo kolejny samosąd, co prawda, jakże sprawiedliwego Macieja, byłby już ośmieszeniem przed Pollinem. A jak wiemy, pozory należy zachowywać. Tylko czy naprawdę mostek kapitański bialeńskiego okrętu, uważa, że gra pozorów przyniesie długotrwałe efekty? To zagadka.

https://coronalocuta.files.wordpress.com/2015/08/cb3b2-after_the_battle_of_grunwald_-_alfons_mucha.jpg?w=473&h=311

Jak dotychczas z Wolnogradu płynie nieustanna pieśń ”demokracji”, w której pierwszy głos przypadł Kamińskiemu, Prezydent zaś nadrabia ciche i niskie doły drugiego głosu i nie śmie przejść do głównej partytury, chociaż ostatnie publiczne upomnienie wskazuje, że delikatnie Pierwszy Obywatel próbuje wtórować.

A przecież demokracja, republika powinny być jedną, wspólną symfonią złożoną z r ó ż n y c h głosów. Zapisu nutowego daleko szukać nie trzeba, tworzy go Konstytucja, a ta głosi jawnie:

Obywatel bialeński ma prawo do: (…) wypowiadania się na dowolny temat, (…) wyrażania i rozpowszechniania opinii, poglądów i wierzeń, (…) nietykalności, (…) domniemania niewinności.

I jak się mają te zapisy do głośnej sprawy Aleksandry Dostojewskiej – Swarzewskiej?

Szczególnie w kontekście wyrażania i rozpowszechniania opinii? Przecież miała własną opinię i poglądy. Idea niepodległości Brodrii była jednym z nich, zaś ona obywatelka tego kraju została pozbawiona konstytucyjnego prawa.

Abstrahując od całej reszty procesów i uniewinnień, szczególną uwagę zwróciło bezpardonowe nadanie statusu persona non grata już po uniewinnieniu dokonanym przez prezydenta Feliksa Spirkina (Wettina). A któż nadał ów status, jak sama denatka udowadnia na poszczególnych forach i kanałach za nic ? Otóż Temida bialeńskiej demokracji, Maciej Kamiński, pozbawiając tym samym p r a w a do uczciwego procesu. Ale jak wiadomo zadziałało prawo silniejszego, a mężowi -prezydentowi zabrakło odwagi w wyniku szantażu pana Macieja i pani Marii Primsz.

Intrygujące jest również w tym wszystkim stanowisko Carstwa Brodryjskiego i cara Mikołaja, syna Aleksandry, która de facto jest matką jego politycznego sukcesu.

Jeżeli Brodria chce faktycznie udowodnić, że jest równorzędnym partnerem Bialenii, a nie popychadłem i maszynką do aktywności, powinna domagać się przy podpisywaniu kolejnej umowy z RB, (a to już we wrześniu) ułaskawienia i możliwości powrotu Aleksandry. Wszak można o niej wiele powiedzieć, ale nikt nie zaprzeczy jej ilości r e a l n y c h zasług dla Brodrii.

C.M.I.M

Reklamy

Szlachectwo to nie tytuł i herb

Niniejszy tekst, skierowany będzie do tych wszystkich, którzy uważają, że wraz ze zdobyciem tytułu szlacheckiego (bądź stopnia powinowactwa wirtualnego z prominentnymi rodami mikroświata) stają się ex definitione osobistościami, które winno się szanować, niezależnie od tego, co czynią. Co zatem sprawia, że daną osobę – oczywiście w sensie moralno-etycznym, bo zgodnie z pozytywistyczną wizją prawa, szlachcicem jest każdy, kto takowe szlachectwo otrzymał – możemy uznać za szlachetną? Już na początku chciałbym odrzucić, jako wyjątkowo niesłuszne i traktujące instytucję szlachectwa instrumentalnie, twierdzenie, iż szlachcicem możemy nazwać osobę, posiadającą tylko „herb i tytuł”. Oddajmy tu głos – nieistniejącemu wszak – Mikołajowi Rejowi:

Nie to szlachectwo, co herbów nawiesza,
Jeśli co w cnocie nietrefnie pomiesza.

(…)

Toć jest szlachectwo cnotą się ozdobić,
Niecnoty kijem, jako węża dobić.

Wobec tego, uznać musimy, że szlachetną jest osoba, która potrafi się wykazać rozlicznymi cnotami – rozumianymi, tu nie tylko jako męstwo czy bohaterstwo, ale jako zalety w sferze moralnej. Ergo, w szlachectwie możemy dopatrywać się przede wszystkim wysokiego poziomu w sferze moralności oraz rozlicznych zobowiązań etycznych. Czym przeto powinien kierować się prawdziwy szlachcic, jakie zobowiązania na się winien przyjmować? Wydaje mi się, że należy to powiązać z postawą ideału rycerskiego, wszak w – nieistniejącej kulturze łacińskiej – szlachta wywodziła się z średniowiecznego rycerstwa.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/ac/Honor%C3%A9_Daumier_017_(Don_Quixote).jpg/240px-Honor%C3%A9_Daumier_017_(Don_Quixote).jpg

Prawdziwy człek rycerski, czy raczej powiedzielibyśmy teraz szlachetny, na pierwszym miejscu stawia sobie pomoc słabszym, skrzywdzonym, prześladowanym. Szlachcic przeto widząc osobę, linczowaną społecznie, nie przyłącza się do grupy jej oprawców, wyjącej przeciwko wyalienowanej jednostce. Szlachcic zgłębia jej problem, ocenia, a widząc, że „głos tłuszczy” jest niesłuszny – staje w jej obronie. Kolejną cnotą moralną szlachcica jest honor. W tym słowie właściwie zawiera się cała istota szlachectwa. Za osobę honorową uznajemy wszak osobę broniącą godności płci przeciwnej, wierną swemu państwu, prawdomówną, godną zaufania społecznego, ale i osobę wierną słowom, które wypowiedziała. Niegodnym jest przeto szlachcica, by obiecać prywatnie jedno, a publicznie czynić drugie. Jest to rzecz wysoce nietyczna. Co dalej? Odwaga? Dzielność? Męstwo? Z pewnością, tak, lecz te zalety odnoszą się raczej do ideału szalchcica-wojownika, który jest niemożliwy (przynajmniej na tradycyjnych, realnych zasadach) do realizacji w warunkach mikronacyjnych. W mojej opinii, kolejną ważną cnotą, charakteryzującą prawdziwego szlachcica jest pokora. Tak, to cnota, która zarówno w warunkach realnych, jak i wirtualnych jest niezwykle trudna do „osiągnięcia”. Bo czyż prawdziwy szlachcic, za główny cel swego „bytowania” uznaje pokazywanie światu kolejnych wyszukanych tytułów i odznaczeń? Nie twierdzę bynajmniej, że takowe są z samej swej natury złe, lecz niegodne jest traktowanie ich jako podstawy swego szlachectwa. Czyż prawdziwy szlachcic chełpi się swymi osiągnięciami, znajomościami, bywaniem na „salonach”, albo – co gorsza – wirtualnym stopniem powinowactwa z prominentami mikroświatowymi. O ile w świecie realnym, taki „stopień” odgrywa jakiekolwiek znaczenie, to w „wirtualu” nie wiąże się on właściwie z niczym – no chyba, że świadczy o przyjaźni, łączącej dwóch członków tego samego rodu.

Słowem zakończenia, raz jeszcze zwrócę się do moich adwersarzy. To, że posiadacie tytuł szlachecki samo w sobie mało znaczy. A z pewnością nie jest powodem do podbudowywania swego ego i patrzenia „z góry” na tych „maluczkich”. Powodem do dumy jest to, że czyny wasze są szlachetne, czyli miłosierne, honorowe i pełne pokory.

Głos zza grobu, czyli słów kilka dawnej pani prezydent

Leskova Hora, dawne Święte Carstwo Szelenyi, tylko odpadająca złota dachówka pięknego Pałacu Vitanovskiego, przypomina o dawnej świetności tego państwa. Obok zbombardowanych budynków przebiega mały, biały kot, kierując się  w stronę dawnej Biblioteki Stutthofów. Zza zawalonej gruzami bramy wychodzi piękna niewiasta w sile wieku – moja rozmówczyni. Zbliżając się do niej, z obrzydzeniem odwracam głowę na widok kilku zmasakrowanych ciał, leżących na równoległej ulicy. Siadamy przy dawnej kawiarence, gdzie cudem zachował się stolik i dwa krzesła. Całuję rękę na powitanie i podtrzymując sutannę siadam na rozpadającym się krześle, po chwili wyciągam z teczki butelkę burgunda i dwa kieliszeczki. Moja rozmówczyni – Aleksandra Izabella Dostojewska z uśmiechem bierze jeden z nich, po czym napełniam oba i zaczynamy rozmowę. 

https://i2.wp.com/www.supernius.pl/news/images/Cristina1-OK.jpg

Adaś: W Republice Bialeńskiej wiedzieliśmy o pani dwóch tożsamościach, mam na myśli oczywiście kwestię Jej Carskiej Wysokości Rity Szeleńskiej. Jakie były pani początki w mikroświecie, czy żona kontrowersyjnego Spourburga to pierwsza postać, wykreowana przez panią?

Aleksandra: W Republice Bialeńskiej występowałam jedynie pod nazwiskiem Dostojewska, co nie zmienia faktu, że w mikroświecie zaczynałam z tożsamością Rity Spourburg-Szeleńskiej. Była to pierwsza postać wykreowana połowicznie przeze mnie. Co do samych początków…. zaczynałam jako, mówiąc niezbyt wykwintnie ”najemnik”. Zostałam namówiona do współpracy i mi się spodobało. Moją podróż po świecie mikronacji, rozpoczęłam, jako Rita, od Santanii i Burgii, potem w Carstwie Szelenyi, następnie zaś trafiłam do Aryunu i wreszcie do Federacji Brodryjskiej, gdzie Rita zmarła a narodziła się Aleksandra.

Adaś: Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że od śmierci Rity do narodzin Aleksandry minęło trochę czasu, czyż nie? I jeszcze jedno – może nieco osobiste pytanie – skoro znała pani sytuację w Brodrii, to czy celowo nazwała pani się Dostojewską?

Aleksandra: Tak, minęło dosyć sporo czasu, dokładnie jednak nie potrafię go określić. Nazwiska tego nie przyjęłam specjalnie, nawet nie pamiętam, czym się wtedy kierowałam… Na pewno nie inspiracją Fiodorem Dostojewskim (brodryjskim), raczej po prostu spodobało mi się, a byłam wówczas zafascynowana twórczością Fiodora Dostojewskiego – pisarza.

Adaś: Ech, a już miałem nadzieję, że to z uwielbienia dla mojej osoby (śmiech). Jak wspomina pani tamte czasy – bytności w Brodrii, jeszcze sprzed ery schyłkowej Federacji?

Aleksandra: Jak w piosence: to były piękne dni! Byłam szczęśliwa, miałam wspaniałego męża, robiłam karierę, było czym się zająć. Z perspektywy czasu tamten okres wydaje się być idyllą. Cieszyłam się z każdego sukcesu, zdobywając kolejne stanowiska… W Federacji Brodryjskiej można było mieć poczucie spełnienia i możliwości rozwijania się. Każdy był zaangażowany w swoją pracę, a nade wszystko był to czas spokoju, świętego spokoju, bez sporów. Kochałam i byłam kochana ( figlarny uśmiech ) . Miałam zaufanych współpracowników. Ale cóż, tych lat nie odda nikt i nic.

Adaś: Ale tę idyllę przerwały wydarzenia natury politycznej. Brodria się rozpadał, a pani została wierna rządowi na emigracji, a następnie Carstwu. Czy już wtedy, będąc Carycą marzyła pani o koronie? (z podejrzliwym uśmieszkiem )

Aleksandra: Och, kalkulacja strat i zysków była zawsze obecna (śmiech). Miałam naturalną skłonność dążenia do wysokich godności (z błyskiem w oku). Zadawalałam się jednak godnością żony Cara. Władzę zaś przejęłam w okresie trudnym, gdy Car, można powiedzieć, zdezerterował. Nie spełniałam wtedy marzeń, a jedynie warunki konieczne do dalszego funkcjonowania państwa. Spekulantką jednak, mówiąc szczerze, nie byłam.

Adaś: Jednak koronę z bólem pani synowi oddałaś, a i nie obeszło się bez zarzutów o nagonkę na panią, a nawet akcję terrorystyczną skierowaną przeciwko monarchini.

Aleksandra: Byłam wtedy pod silnym wpływem emocji. Powrócił mój mąż – Car, z wielkimi pretensjami, a przecież działałam w dobrej wierze… Sam powrót Cara był dla mnie podejrzliwy, o czym teraz mówić nie chcę, ale chodziło o spór wewnętrzny w rodzie von Vincis. Nagle zarzucono mi bandyctwo polityczne, co było dla mnie przykre. Tym bardziej, że niedługo przed tym odniosłam ogromny sukces… czy dzisiaj pamięta ktoś, że to ja zakończyłam działalność emigracyjną, przywracając Carstwu na trudnej drodze dyplomacji, wpierw większą połowę ojczystej ziemi (głównie Czuwację i Ostię), a potem całe brodryjskie terytorium? Wydawało mi się, że dzięki temu mam władzę charyzmatyczną. W wyniku mojej pracy Związek Brodryjski na czele z panem Sabatowskim, zrzekł się jakiejkolwiek pretensji do ziem Carstwa… Tak więc, gdy pierwszy Car, był władcą bytu emigracyjnym, ja byłam władczynią państwa w pełnym jego brzmieniu. Takie też państwo przekazałam Synowi, któremu zawsze ufałam… Zrobiłam to by zażegnać spory i zyskać spokój, poza tym wygrałam wtedy wybory prezydenckie w Bialenii, a stało to w sprzeczności z pełnieniem funkcji państwowych w innym kraju.

Adaś: Mówiła pani o wysiłku dyplomatycznym. Jaki były kulisy zdobywania władzy nad całym terytorium Brodrii?

Aleksandra: Praca polegała wpierw na nawiązaniu jakiegokolwiek kontaktu ze Związkiem Brodryjskim, który nie byłby obarczony pustymi frazesami, by móc dojść do porozumienia. Prezydentem Związku był wówczas, już wspominany Kazimierz Sabatowski, człowiek, który w przeciwieństwie do reszty ”związkowców” mówił z sensem, był skłonny do rozmów, ale niebywale podejrzliwy. Na początku w ogóle nie było mowy o jakichkolwiek ustępstwach. Jednak po długich, bardzo długich rozmowach udało mi się nakłonić Sabatowskiego do odstąpienia Carstwu Czuwacji i Ostii, co nie spotkało się w dużej mierze z aprobatą obywateli Związku. Pamiętam, że wielkie pretensje składał, bodajże pan Abramov. Ja byłam wtedy zadowolona i wniebowzięta, uważałam to za ogromny sukces. Cały proces zaś został zakończony w okolicach 5 lutego 2015 roku, gdy Sabatowski ogłosił upadek swojego państwa. Ja zaś anektowałam wówczas pozostałe rdzenne ziemie Brodrii, gdyż Carstwo było naturalnym ich sukcesorem. Niestety to zapomniany sukces. Zdaje się, ze dzisiaj nikt nie pamięta, kto zapewnił temu państwu byt.

Adaś: Jednakże dziś to pani – poniekąd – weszła w rolę „związkowców” biorąc czynny udział w powstaniu nowego „Związku”.

Aleksandra: Nie, nie czuję się ”związkowcem”. Najchętniej widziałabym Brodrię dalej jako monarchię, pod panowaniem Cara Mikołaja. Ja tylko uznałam, że wolę żyć (ba, mam inny wybór?) w niepodległym kraju. Dostęp do ”bialeńskiej” Brodrii straciłam, zdaje się przez to, że już po ułaskawieniu głośno mówiłam, że będę zabiegać o niepodległość od września, zgodnie z bialeńskim prawem. Bo cóż to za carstwo, które jest regionem republiki? Oni (Bialeńczycy) mówią nam, że sobie bez nich nie poradzimy, ale poprzez takie zabiegi, jak usuwanie przez reżim, osób walczących o niepodległość Brodrii, wydaje mi się, ze to Bialenia sprawia wrażenie jakoby bez Carstwa sobie poradzić nie mogła. (uśmiech). Zresztą zwabili nas do siebie by zyskać aktywność. Dzisiaj już wiemy, że była to akcja zaplanowana o kryptonimie ”Dostojewski”, a jej realizowanie zaczęło się gdy Swarzewski został Prezydentem (ostatnim) Federacji Brodryjskiej.

Adaś: Zdaje się, że obecny monarcha – jest zwolennikiem pozostania w granicach bialeńskich. Zresztą owych zwolenników niepodległości jest aż dwóch – pani oraz pan Szojgu. (uśmiech) Gwoli uściślenia, z tego co mi wiadomo, to została pani skazana, za uzurpowanie sobie tytułu „Imperatorowej” , a co za tym idzie zwierzchniczki ziem zajętych (przypomnijmy nielegalnie) przez Carstwo w okresie pani regencji. Skoro już jesteśmy przy tym temacie. Może mi pani opowiedzieć coś więcej o „kamapnii czarnego pijaru” oraz anektowaniu przez panią kolejnych ziem nordackich? Wiedziała wszak pani, że jest to sprzeczne z umową akcesyjną…

Aleksandra: Wiem, że Mikołaj pragnie być carem regiony w Republice, co mnie dziwi… A może mniej by mnie nie dziwiło, gdybym nie została tak potraktowana, jak zostałam. Skazana zostałam, za działalność separatystyczną (podobno), a mówiąc ściślej za to, iż wskazywałam, że w świetle brodryjskiego prawa Umowa między CB a RB nie obowiązuje, bo nie jest umieszczona w Monitorze. Zresztą sam proces mnie zawiódł… Na sam wyrok zmieniono mi Sędziego na Martina Primsza, osobę, do której ja nie pałam miłością, a ona do mnie również. Tym bardziej wyrok był zaskakujący, gdyż niemniej niż dzień przed rozmawiałam z Sędzią prowadzącym – von Hallerem i wieszczył mi kary pozbawienia wolności, jeśli pamiętam na 3 miesiące, ale nie było mowy o śmierci! [1]

Wyrok ten został jednak anulowany, a ja ułaskawiona. Więc powróciłam, chcąc zająć się działalnością filantropijną i na rzecz opuszczenia Bialenii z wrześniem, jednak pan wszechwładny reżimowiec Kamiński postanowił inaczej. Zresztą nie wiem skąd pała do mnie nienawiścią, przypominając ciągle, ze kiedyś nazwałam go ”pryszczatym bufonem, który nie może znaleźć dziewczyny” (coś w ten deseń). Może leczy kompleksy?

Adaś: Sama pani przyzna, że miał jednak powód, by to zrobić…

Aleksandra: Nie wiem, na prawdę nie wiem. A mógłby pan redaktor wskazać ów powód? (po chwili) Używanie tytułu… tak?

Adaś: Tytułu „Imperatorowej” oraz uzurpowanie sobie prawa do posiania nielegalnie anektowanych ziem nordackich

Aleksandra: Z tego co pamiętam chodziło nawet nie o ”Imperatorową”, co robiłam dość sporadycznie, a o tytuł Carycy. Tym bardziej to głupi powód, że po wszystkim, Syn akceptował i zezwolił mi na to. Co do ”uzurpowania sobie praw do ziem nordackich”… cóż, ja sobie praw nie uzurpowałam po ułaskawienu, bo już żadnej władzy nie miałam. Na tej samej zasadzie można skazać osobę, która posługuje się tytułem ”Krul Nordaty”… brzmi jak król.

Adaś: „Z Bożej łaski i woli Narodu Caryca Brodrii i Rosyji, Arcyksiężna Uhrainy, Imperatorka Nordaty” – musi pani przyznać, że brzmi to dosyć pretensjonalnie

Aleksandra: Czy pretensjonalnie, tego nie wiem. Wydaje mi się, że brzmi zgodnie z prawdą. A co najważniejsze zgodnie z klimatem, który pragnęliśmy w Carstwie stworzyć. Miało to być silne, samowładne państwo…

Adaś: Zmieńmy może temat na trochę bardziej – nie wiem, czy będzie, to odpowiednie słowo – „lekki”. Jak się pani czuje po „śmierci” w Bialenii?

Aleksandra: Na Bialenii życie się nie kończy (śmiech). Na pewno czuję się skrzywdzona, wykorzystana, w pewnym sensie wzgardzona. Nie wiem czy wynika to z samego faktu tego nieszczęsnego uśmiercenia mojej osoby, bo dokonał tego człowiek, a właściwie cała szajka, do której szacunku nie czuję, dla nich zawsze byłam nikim… Boli mnie jednak tak nagła, wertykalna zmiana swojego nastawienia w stosunku do mnie u osób mi najbliższych, mojego męża, syna, bliskiego przyjaciele. Potrafili oni w jeden dzień i bez żadnego wytłumaczenia mnie opuścić, odciąć się ode mnie. Szczególnie Andrzej, to stało się tak nagle … A mieliśmy wspólne plany, świetnie się bawiliśmy na baridajskich obchodach, wyśmiewaliśmy się z tej całej sytuacji, która mnie spotkała… Kiedy zaś powiedział mi, ze zamierza kandydować poparłam go, zresztą ta prezydentura miała mi otworzyć drzwi do powrotu.Potem jednak wszystko się zmieniło, rozmawiałam z nim o moim powrocie. On zaczął się delikatnie wycofywać, wpierw mówił, że uzyskam ułaskawienie podczas Dnia Przyjaźni, następnie, że jeśli przeproszę m.in. Primsza, co też na kanale IRC uczyniłam. W końcu powiedział mi o czymś, co ja nazywam szantażem, że Primsz zagroził swoim odejściem z RB, jeśli ja powrócę. Dalej zaś, długo czekałam na jakąkolwiek odpowiedz, wszelkie próby kontaktu kończyły się klęską. Andrzej uciekał od odpowiedzi… Potem zobaczyłam jego wypowiedzi o mnie na forum RB – byłam załamana. Wreszcie, kiedy udało mi się z nim nawiązać kontakt, potraktował mnie dziwnie. W ogóle wykluczył mój powrót, na co ja się zdenerwowałam. Do tego doszło wyśmiewanie się Primsza ze mnie na sarmackim kanale, że Andrzej wybrał go a nie mnie. No cóż, takie jest życie. A szkoda, bo czułam, że pan Swarzewski jest dla mnie jakąś bratnią duszą. Miałam nadzieję, ze będzie nam dane spotkać się w realu, chociażby podczas planowanego zjazdu Bialeńczyków. (po chwili) Jak widać kobieta ma jednak trudniej w mikroświecie opanowanym przez mężczyzn (delikatny uśmiech smutku). Zawsze miałam skłonność do niepoprawnych romantyków, nawet wirtualnych.

Adaś: Można powiedzieć przewrotnie, że nie miała pani szczęścia do mężów. Jednego pani pochowała, a drugi „pochował” panią. (uśmiecha się) Jak pani widzi swoją dalszą przyszłość w mikroświecie? Zamierza pani dalej współpracować z władzami Związku Ludowego?

Aleksandra: Wcześniej miałam więcej optymizmu związanego ze Związkiem Ludowym… No cóż, to nie jest moja bajka, ja jestem z tej kapitalistycznej, burżuazyjnej, pełnej zamków, dworów i pałaców. Cóż mi jednak pozostało? Moja przyszłość jest dla mnie wielką, nieodkrytą kartą. Mam nadzieję, że szczęśliwszą niż dotychczas. To co teraz muszę zrobić, to poważnie się zastanowić w którym kierunku podążać.

Adaś: A jakie są pani marzenia? Powiedzmy, że może złota koza może spełnić jedno pani marzenie, czego pani, by sobie zażyczyła?

Aleksandra: Z tych mikronacyjnych marzeń największym jest… To osobiste, ale naprawa relacji z tymi, których uważałam za przyjaciół. Mam do nich ogromny sentyment i kiedy się odwrócili poczułam złość, wynikającą z niezrozumienia, ale i nostalgię. Ponadto chciałabym, znaleźć sobie wreszcie miejsce na Pollinie, gdzie poczuję się zaakceptowana i potrzebna.

Adaś: Nie wydaje się pani, że Bialeńczycy zniechęcili się do pani właśnie przez owe ekscesy, które wyprawiała pani jako monarchini? Będzie pani próbowała wrócić do Bialenii?

Aleksandra: Byłam monarchinią Brodrii, nie Bialenii. Myślę, że w połowie jestem sama sobie winna i biję się w pierś. Najgorsze i niesprawiedliwe jest dla mnie to, że kiedy próbowałam wytłumaczyć swój punkt widzenia to byłam wyzywana lub wyśmiewana. Jestem kobietą, gdy spokojne tłumaczenie nie przynosi efektów, z natury zwracam na nie uwagę poprzez, może czasem zbyt emocjonalne, podejście. Czy będę próbowała powrócić? Nie wiem, nie wiem czy ma to sens. Zresztą w komunikacie pana Kamińskiego otrzymałam coś w stylu ”żegnaj na wieki”, więc ostatnie pożegnanie już było (śmiech)

Adaś: hmm… jeszcze jedno pytanie nim udamy się na spoczynek. Co zrobiłaby pani, by powrócić do Bialenii? (z uśmieszkiem na ustach)

Aleksandra: Pytanie prowokacyjne (śmiech)… pozbyłabym się Kamińskiego i Primsza. A tak naprawdę, nie wiem co miałabym robić aby zadowolić tę ”elitę”. Być może kiedy podniosę się z kolan i zacznę udzielać się w innej mikronacji, Bialeńczycy sami dojdą do tego, że warto by mnie było mieć w ekipie. (po chwili) Bo jest taka zasada: wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Ja jestem niepokorna, nie krakałam, więc odleciałam.

Adaś: Dziękuję, życzę dobrej nocy.

Aleksandra: Dziękuję serdecznie. Życzę pomyślności i obfitych owoców kapłaństwa.

Gdy kończymy jest już wieczór, po na placu przed kawiarenką ląduje helikopter, który zabiera mnie do Bialenii, zaś moja rozmówczyni – ze smutkiem – udaje się w stronę Spurskiego Hradu – dawnej siedziby Spourburgów…

[1] Wydaje mi się, że rozmowa miała nieco inny przebieg, zdaje się, że poinformowałem panią Dostojewską, że w najlepszym wypadku może liczyć na karę kilku miesięcy pozbawienia wolności, lecz raczej prawdopodobnie czeka ją kara śmierci.