Corona Locuta

Gazeta Klubu Konserwatywnego

Ględzenie o pewnym rozporządzeniu

Panie Marszałku kochany. Muzyka łagodzi obyczaje. Zacznijmy może dyskretnie, acz subtelnie. Najlepiej znaleźć coś, co odpowiada naszym spokojnym czasom dobrobytu, radosnej konsumpcji aktywności i ostatecznego końca historii – nic tylko czerpać profity (i piąć się wyżej w rankingach aktywności, które – co powszechnie wiadomo – są kwestią absolutnie fundamentalną). Der Walkürenritt Wagnera?

Ostatnio – jako naród – dokonaliśmy czegoś wspaniałego. Karuzela poszła w ruch. Imperialistka, która jest odwrotnością kloaki – miast zbierać fekalia, to je zwraca. Obrzucająca brudem niewinnych obywateli (a czasem i dawne Legendy) została obalona. Bialeńska inteligencja znów pokazała, że stać ją na akt sprzeciwu. Nie ugniemy się pod żądaniami imperatorów (-ek)! Sprawiedliwość jest po naszej stronie. Prawo zresztą też. Koncepcja równościowej, żeby nie powiedzieć symetrycznej, definicji sprawiedliwości dystrybutywnej została już dawno skompromitowana. Mogą nam (oni tyrani) imputować, że „są tutaj sprowadzana tylko po to, by dać się sprowokować, wywołać damę, a wtedy nagle zlatują się wielcy nieobecni i dokonują po raz kolejny żałosnego spektaklu”. Zdanie to – zbyt impertynenckie by zasługiwało na jakikolwiek komentarz – jest oczywiście nieprawdziwe. Czas kończyć tę nieco przydługą dygresję – miałem apelować do marszałka.

Słyszy Panobraz zapewne – Panie Marszałku – cwałujące walkirie. Słyszał je pono pewien akwarelista, którego imienia teraz nie pomnę – swoją drogą bardzo ciekawa postać. Żarty na bok. Swego czasu wydano pewne rozporządzenie – jakieś bzdury o demokratycznych wyborach prezydenckich. Na szczęście – w myśl rzeczonego aktu prawnego – ta farsa skończyła się 10 kwietnia o godzinie 20:00. Proszę do tego już nie wracać – było minęło. Co prawda żadne lokal nie został otwarty, żaden kandydat się nie zgłosił. Zostawmy wszystko tak, jak jest. Mówię całkowicie poważnie. W naszej sytuacji nie jest wskazane by jakiekolwiek wybory się odbywały. Bo i po co? I tak wiadomo jak by się zakończyły. Tymczasowe rządy sprawuje faszysta (niech mu Pałac lekkim będzie!), by za kilka dni oddać klucze od wolnogradzkiego pałacyku pewnemu zagranicznemu monarsze, który włada krajem o niezwykle dziwnej nazwie i – jak się zdaje – lubi pływać po morzach, bo ciągle wspomina o jakimś sterniku. Najlepiej niech sięgnie on po zieloną koronę i zasiądzie na dolnogradzkim tronie. Albo, co mi tam, niech zostanie katechonem-dyktatorem, który będzie powstrzymywał – silną ręką – Bialenię przed upadkiem. Ale dajmy sobie spokój z wyborami. Teraz, gdy jest nas może sześciu, powinniśmy oddać władzę w ręce jednego. Dajmy sobie spokój z ceregielami. Gdy trwałość państwa jest zagrożona, nie czas na wybory, czas na Katechona.

Jak już mówiłem, Panie Marszałku, muzyka łagodzi obyczaje.

 

 

 

Róbmy kontrrewolucję, ale z głową!

Że ustawa o związkach małżeńskich, zaprezentowana w parlamencie jest bezzasadna, tego pisać nie będę. Tuszę, że jej autor, którego, jak zapewne większość mieszkańców Bialenii, darzę znaczną estymą, już zdążył nasłuchać się bluzgów pod adresem tego nieszczęsnego aktu prawnego. Ale tutaj chciałbym stanąć w obronie instytucji małżeństwa, którą rozumiem raczej jako pewną formę. Odpowiadając zawczasu na wszelkie zarzuty – tak, będę prowadził idiologiczną wojenkę – i tu nawet nie chodzi o moje poglądy na tę sprawę, których i tak czytelnik może się domyślić, ale o prawdę i zdrowy rozsądek.

Ad rem, czymże jest to „małżeństwo”? Tradycyjnie uznaje się je za, usankcjonowany prawnie, związek mężczyzny i kobiety. Kropka. Zdaję sobie sprawę, że – chcąc nie chcą – płeć (w warunkach mikronacyjnych!) jest pojęciem względnym. Każdy może, gdy tylko będzie tego chciał, dokonać jej zmiany. Wszak to tylko kwestia wpisania pewnej informacji do komputera – nie jest w stanie sprawdzić, czy jest ona prawdziwa, czy też nie. Ja jednak postuluję, zachowajmy szacunek dla tej tradycyjnej formy, uznajmy, że małżeństwo – jako sama nazwa wskazuje, jest to związek kobiety oraz mężczyzny. Co prawda nasze prawo, a konkretniej Kodeks Cywilno-Karny, co zresztą zostało potwierdzone wyrokiem sądu, zakłada inną definicję – nie bierze płci pod uwagę. Ale czy to jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem, etymologią oraz tradycją, nie tą republikańską, przesiąkniętą kadafizmem i swarzyzmem, ale tą uniwersalną, wieczną. Ustalmy więc, że małżeństwo jest właśnie takim związkiem – mężczyzny i kobiety. Dla samej idei i szacunku dla formy. Niechaj to małżeństwo, jako i Bóg przykazał, ma prawo do adopcji i do ślubu kościelnego (o ile dana wspólnota religijna zakłada taką możliwość). Do niczego więcej nie namawiam. Jestem faszystą? Może niektórzy mnie tak nazwą…

https://i2.wp.com/i233.photobucket.com/albums/ee15/kjk76_93/ibl22739n68jy.jpg

A co z tymi, którzy chcą żyć w związkach partnerskich (czy, jak ich tam zwał…)? Niechaj sobie żyją, zakazywanie im tego, w warunkach mikronacyjnych, nie miałby najmniejszego sensu. Ale dla Boga, nie nazywajmy tego małżeństwem! Przecież to pomieszanie z poplątaniem. Tak, wiem że nasze prawo definiuje tę kwestię inaczej, sam ją zresztą tak musiałem definiować jako sędzia – chcąc nie chcąc, urzędnik państwowy i niewolnik prawa. Cóż zatem proponuję? Dlaczegóż by nie wprowadzić dwóch osobnych instytucji – małżeństwo, rozumianego jako związek dwóch osób różnej płci oraz związku partnerskiego, rozumianego jako związek dwóch osób, naturalnie obie usankcjonowane prawnie. Niecha osoby, żyjące w związkach cywilnych (partnerskich?) mogą adoptować dzieci. Wszak to ich święte prawo, zwłaszcza że, nie oszukujmy się, w warunkach mikronacyjnych nie mają one wpływu na ich wychowanie. Brońmy tradycyjnych form i właściwej nomenklatury, a przede wszystkim – prawdy, bo jak pisze klasyk, to tylko ona jest ciekawa. Cóżem rzekł, to powtórzę – Róbmy kontrrewolucję, ale z głową! Niechaj nam tej głowy nie zaprzątają różne dziwne projekty, które chcą negować rzeczywistość oraz grzeszyć nieretroakcyjnością prawa.

Na koniec przytoczę wyjątek z uzasadnienia wyroku, który swego czasu wydałem:

Mimo to Sąd dostrzega pewne nieścisłości natury etymologicznej w zakresie definicji małżeństwa, dlatego – a także z powodu konserwatywnego charakteru własnego sumienia – zaleca, by właściwa instytucja ustawodawcza dokonał rozróżnienia w prawie odnośnie instytucji małżeństwa (według tradycyjnego jej znaczenia) oraz instytucji związku partnerskiego (rozumianego jako związek dwóch osób).

Wprowadźmy obowiązkową pracę w piekarniach

Temat może być dla niektórych kontrowersyjny, ale w gruncie rzeczy jest on jak najbardziej racjonalny i logiczny. Dlaczego? Czy może być coś, co bardziej ubogaca człowieka (o ile takowy istnieje…) od pracy, co więcej, pracy obowiązkowej w piekarniach? Jestem święcie przekonany, że to podstawowy honor i obowiązek każdego prawdziwego patrioty bialeńskiego! Zacznijmy jednak od początku…

Obecnie społeczeństwo bialeńskie absolutnie nie przyjmuje się sprawami przemysłu piekarniczego. Z czego to wynika? Wydaje mi się, że zwykły Bialeńczyk nie dostrzega olbrzymiego wpływu, jaki na Republikę mają piekarnie, to olbrzymie pole do aktywności, które marnuje się i stoi odłogiem. Czy dobry chłop zostawia zdrową ziemię, by zajmować się czym innym? Bynajmniej tego nie robi. Drzewiej piekarnictwo rozwijało się i kwitło! Musimy wrócić do tego stanu, wszyscy obywatele bialeńscy powinni wspomóc rozwój przemysłu piekarniczego. Niecha każdy z nas dojrzy plusy dodatnie w tej zacnej inicjatywie. Nadajmy bialeńskim piekarniom nową jakość!

https://i1.wp.com/www.piekarniakwapisz.pl/historia/01.jpg

Jak to ma wyglądać w praktyce? Każdy obywatel będzie musiał odbyć zasadnicze praktyki pracownicze w piekarniach. Po upłynięciu terminu (dajmy na to – dwóch miesięcy), zdecydować, czy zamierza pozostać w piekarnictwie czy porzucić ten zacny zawód. W trakcie praktyk młodzi adepci zostaną zaznajomieni z niezbędną wiedzą (jak dobrze opisywać chleby? jakie praktyki stosować, by piekarnia nie straciła swej atrakcyjności? jak dobierać mąkę do wyrobu ciasta? co znajduje się w jakich klasycznych pieczywach?) oraz będą mogli uczestniczyć na specjalne wykłady indywidualne z piekarmistrzem. Dodatkowo każdy adept będzie mógł wybrać swoją specjalizację – niektórzy wolą ciasta, inni pieczywo, jeszcze inni drożdżówki – wachlarz możliwości jest bardzo szeroki. Po szkoleniu adept zostanie przydzielony do danej piekarni! Co będzie robił? Po prostu się nią zajmie. Piekarnictwo w końcu będzie żywym organizmem. Młodzi piekarze będą musieli prowadzić statystyki sprzedanego pieczywa, opisywania wystroju i sprzętu piekarni, a nawet partycypacji w ogólnobialeńskich zawodach piekarskich.

To oczywiście nie wszystko! Republika Bialeńska jest krajem, powstałym z kilku różnych państw. Nie możemy pozwolić, by klasyczne arkana, starożytnej sztuki piekarskiej, były inne w poszczególnych „regionach”. Wraz z postępem – i większą chęcią społeczeństwa – idei obowiązkowej pracy w piekarniach, będziemy dążyć do ujednolicenia miar i sposobu wyrobu chleba. Mogę śmiało powiedzieć, że jeśli ta zacna inicjatywa wejdzie w życie, to już za kilka(naście) miesięcy Brodryjczycy, Hasselandczycy i Bialeńczycy, a także inne nacje, zamieszkujące Republikę, będą mogły jeść chleb, wytwarzany podług tej samej recepty. Powiecie, że jestem idealistycznym-utopistą? Nie! Razem możemy to zrobić. Obywatele! Powiem krótko: razem ku powszechnej piekaryzacji Bialenii i industrializacji przemysłu chlebotwórczego.

[Okiem Wielkiego Brata] – Po bitwie…

Opadł bitewny pył, porządek uchroniony. Co czuje zaś sam pan Swarzewski to jego słodka tajemnica. Bowiem republikańska szala sprawiedliwości przeważyła, żona na szafot, spokój i regime ponad wszystko, bo najważniejsze.

I nikogo już nie interesuje, że przy odważnikach jest zewsząd wyczuwalny brak Temidy, wszak jej rolę przejął już majstrujący przy onej wadze sprawiedliwości pan Kamiński, coraz zuchwalszy, coraz bardziej żądny krwi. Grutin, Aleksandra… kto kolejny? Tak, znalazła się już ofiara, niejaki Klepka. Po cóż sądzić, po cóż oddawać zadość powadze Sądu, skoro nieomylne Oko Sprawiedliwości wie lepiej?

Ale tym razem nieomylność została o dziwo (!) zbesztana i to p u b l i c z n i e.

Wkroczył bowiem do akcji Pierwszy Obywatel Republiki, za co mu chwała.

Bo kolejny samosąd, co prawda, jakże sprawiedliwego Macieja, byłby już ośmieszeniem przed Pollinem. A jak wiemy, pozory należy zachowywać. Tylko czy naprawdę mostek kapitański bialeńskiego okrętu, uważa, że gra pozorów przyniesie długotrwałe efekty? To zagadka.

https://coronalocuta.files.wordpress.com/2015/08/cb3b2-after_the_battle_of_grunwald_-_alfons_mucha.jpg?w=473&h=311

Jak dotychczas z Wolnogradu płynie nieustanna pieśń ”demokracji”, w której pierwszy głos przypadł Kamińskiemu, Prezydent zaś nadrabia ciche i niskie doły drugiego głosu i nie śmie przejść do głównej partytury, chociaż ostatnie publiczne upomnienie wskazuje, że delikatnie Pierwszy Obywatel próbuje wtórować.

A przecież demokracja, republika powinny być jedną, wspólną symfonią złożoną z r ó ż n y c h głosów. Zapisu nutowego daleko szukać nie trzeba, tworzy go Konstytucja, a ta głosi jawnie:

Obywatel bialeński ma prawo do: (…) wypowiadania się na dowolny temat, (…) wyrażania i rozpowszechniania opinii, poglądów i wierzeń, (…) nietykalności, (…) domniemania niewinności.

I jak się mają te zapisy do głośnej sprawy Aleksandry Dostojewskiej – Swarzewskiej?

Szczególnie w kontekście wyrażania i rozpowszechniania opinii? Przecież miała własną opinię i poglądy. Idea niepodległości Brodrii była jednym z nich, zaś ona obywatelka tego kraju została pozbawiona konstytucyjnego prawa.

Abstrahując od całej reszty procesów i uniewinnień, szczególną uwagę zwróciło bezpardonowe nadanie statusu persona non grata już po uniewinnieniu dokonanym przez prezydenta Feliksa Spirkina (Wettina). A któż nadał ów status, jak sama denatka udowadnia na poszczególnych forach i kanałach za nic ? Otóż Temida bialeńskiej demokracji, Maciej Kamiński, pozbawiając tym samym p r a w a do uczciwego procesu. Ale jak wiadomo zadziałało prawo silniejszego, a mężowi -prezydentowi zabrakło odwagi w wyniku szantażu pana Macieja i pani Marii Primsz.

Intrygujące jest również w tym wszystkim stanowisko Carstwa Brodryjskiego i cara Mikołaja, syna Aleksandry, która de facto jest matką jego politycznego sukcesu.

Jeżeli Brodria chce faktycznie udowodnić, że jest równorzędnym partnerem Bialenii, a nie popychadłem i maszynką do aktywności, powinna domagać się przy podpisywaniu kolejnej umowy z RB, (a to już we wrześniu) ułaskawienia i możliwości powrotu Aleksandry. Wszak można o niej wiele powiedzieć, ale nikt nie zaprzeczy jej ilości r e a l n y c h zasług dla Brodrii.

C.M.I.M

Szlachectwo to nie tytuł i herb

Niniejszy tekst, skierowany będzie do tych wszystkich, którzy uważają, że wraz ze zdobyciem tytułu szlacheckiego (bądź stopnia powinowactwa wirtualnego z prominentnymi rodami mikroświata) stają się ex definitione osobistościami, które winno się szanować, niezależnie od tego, co czynią. Co zatem sprawia, że daną osobę – oczywiście w sensie moralno-etycznym, bo zgodnie z pozytywistyczną wizją prawa, szlachcicem jest każdy, kto takowe szlachectwo otrzymał – możemy uznać za szlachetną? Już na początku chciałbym odrzucić, jako wyjątkowo niesłuszne i traktujące instytucję szlachectwa instrumentalnie, twierdzenie, iż szlachcicem możemy nazwać osobę, posiadającą tylko „herb i tytuł”. Oddajmy tu głos – nieistniejącemu wszak – Mikołajowi Rejowi:

Nie to szlachectwo, co herbów nawiesza,
Jeśli co w cnocie nietrefnie pomiesza.

(…)

Toć jest szlachectwo cnotą się ozdobić,
Niecnoty kijem, jako węża dobić.

Wobec tego, uznać musimy, że szlachetną jest osoba, która potrafi się wykazać rozlicznymi cnotami – rozumianymi, tu nie tylko jako męstwo czy bohaterstwo, ale jako zalety w sferze moralnej. Ergo, w szlachectwie możemy dopatrywać się przede wszystkim wysokiego poziomu w sferze moralności oraz rozlicznych zobowiązań etycznych. Czym przeto powinien kierować się prawdziwy szlachcic, jakie zobowiązania na się winien przyjmować? Wydaje mi się, że należy to powiązać z postawą ideału rycerskiego, wszak w – nieistniejącej kulturze łacińskiej – szlachta wywodziła się z średniowiecznego rycerstwa.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/ac/Honor%C3%A9_Daumier_017_(Don_Quixote).jpg/240px-Honor%C3%A9_Daumier_017_(Don_Quixote).jpg

Prawdziwy człek rycerski, czy raczej powiedzielibyśmy teraz szlachetny, na pierwszym miejscu stawia sobie pomoc słabszym, skrzywdzonym, prześladowanym. Szlachcic przeto widząc osobę, linczowaną społecznie, nie przyłącza się do grupy jej oprawców, wyjącej przeciwko wyalienowanej jednostce. Szlachcic zgłębia jej problem, ocenia, a widząc, że „głos tłuszczy” jest niesłuszny – staje w jej obronie. Kolejną cnotą moralną szlachcica jest honor. W tym słowie właściwie zawiera się cała istota szlachectwa. Za osobę honorową uznajemy wszak osobę broniącą godności płci przeciwnej, wierną swemu państwu, prawdomówną, godną zaufania społecznego, ale i osobę wierną słowom, które wypowiedziała. Niegodnym jest przeto szlachcica, by obiecać prywatnie jedno, a publicznie czynić drugie. Jest to rzecz wysoce nietyczna. Co dalej? Odwaga? Dzielność? Męstwo? Z pewnością, tak, lecz te zalety odnoszą się raczej do ideału szalchcica-wojownika, który jest niemożliwy (przynajmniej na tradycyjnych, realnych zasadach) do realizacji w warunkach mikronacyjnych. W mojej opinii, kolejną ważną cnotą, charakteryzującą prawdziwego szlachcica jest pokora. Tak, to cnota, która zarówno w warunkach realnych, jak i wirtualnych jest niezwykle trudna do „osiągnięcia”. Bo czyż prawdziwy szlachcic, za główny cel swego „bytowania” uznaje pokazywanie światu kolejnych wyszukanych tytułów i odznaczeń? Nie twierdzę bynajmniej, że takowe są z samej swej natury złe, lecz niegodne jest traktowanie ich jako podstawy swego szlachectwa. Czyż prawdziwy szlachcic chełpi się swymi osiągnięciami, znajomościami, bywaniem na „salonach”, albo – co gorsza – wirtualnym stopniem powinowactwa z prominentami mikroświatowymi. O ile w świecie realnym, taki „stopień” odgrywa jakiekolwiek znaczenie, to w „wirtualu” nie wiąże się on właściwie z niczym – no chyba, że świadczy o przyjaźni, łączącej dwóch członków tego samego rodu.

Słowem zakończenia, raz jeszcze zwrócę się do moich adwersarzy. To, że posiadacie tytuł szlachecki samo w sobie mało znaczy. A z pewnością nie jest powodem do podbudowywania swego ego i patrzenia „z góry” na tych „maluczkich”. Powodem do dumy jest to, że czyny wasze są szlachetne, czyli miłosierne, honorowe i pełne pokory.

Głos zza grobu, czyli słów kilka dawnej pani prezydent

Leskova Hora, dawne Święte Carstwo Szelenyi, tylko odpadająca złota dachówka pięknego Pałacu Vitanovskiego, przypomina o dawnej świetności tego państwa. Obok zbombardowanych budynków przebiega mały, biały kot, kierując się  w stronę dawnej Biblioteki Stutthofów. Zza zawalonej gruzami bramy wychodzi piękna niewiasta w sile wieku – moja rozmówczyni. Zbliżając się do niej, z obrzydzeniem odwracam głowę na widok kilku zmasakrowanych ciał, leżących na równoległej ulicy. Siadamy przy dawnej kawiarence, gdzie cudem zachował się stolik i dwa krzesła. Całuję rękę na powitanie i podtrzymując sutannę siadam na rozpadającym się krześle, po chwili wyciągam z teczki butelkę burgunda i dwa kieliszeczki. Moja rozmówczyni – Aleksandra Izabella Dostojewska z uśmiechem bierze jeden z nich, po czym napełniam oba i zaczynamy rozmowę. 

https://i2.wp.com/www.supernius.pl/news/images/Cristina1-OK.jpg

Adaś: W Republice Bialeńskiej wiedzieliśmy o pani dwóch tożsamościach, mam na myśli oczywiście kwestię Jej Carskiej Wysokości Rity Szeleńskiej. Jakie były pani początki w mikroświecie, czy żona kontrowersyjnego Spourburga to pierwsza postać, wykreowana przez panią?

Aleksandra: W Republice Bialeńskiej występowałam jedynie pod nazwiskiem Dostojewska, co nie zmienia faktu, że w mikroświecie zaczynałam z tożsamością Rity Spourburg-Szeleńskiej. Była to pierwsza postać wykreowana połowicznie przeze mnie. Co do samych początków…. zaczynałam jako, mówiąc niezbyt wykwintnie ”najemnik”. Zostałam namówiona do współpracy i mi się spodobało. Moją podróż po świecie mikronacji, rozpoczęłam, jako Rita, od Santanii i Burgii, potem w Carstwie Szelenyi, następnie zaś trafiłam do Aryunu i wreszcie do Federacji Brodryjskiej, gdzie Rita zmarła a narodziła się Aleksandra.

Adaś: Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że od śmierci Rity do narodzin Aleksandry minęło trochę czasu, czyż nie? I jeszcze jedno – może nieco osobiste pytanie – skoro znała pani sytuację w Brodrii, to czy celowo nazwała pani się Dostojewską?

Aleksandra: Tak, minęło dosyć sporo czasu, dokładnie jednak nie potrafię go określić. Nazwiska tego nie przyjęłam specjalnie, nawet nie pamiętam, czym się wtedy kierowałam… Na pewno nie inspiracją Fiodorem Dostojewskim (brodryjskim), raczej po prostu spodobało mi się, a byłam wówczas zafascynowana twórczością Fiodora Dostojewskiego – pisarza.

Adaś: Ech, a już miałem nadzieję, że to z uwielbienia dla mojej osoby (śmiech). Jak wspomina pani tamte czasy – bytności w Brodrii, jeszcze sprzed ery schyłkowej Federacji?

Aleksandra: Jak w piosence: to były piękne dni! Byłam szczęśliwa, miałam wspaniałego męża, robiłam karierę, było czym się zająć. Z perspektywy czasu tamten okres wydaje się być idyllą. Cieszyłam się z każdego sukcesu, zdobywając kolejne stanowiska… W Federacji Brodryjskiej można było mieć poczucie spełnienia i możliwości rozwijania się. Każdy był zaangażowany w swoją pracę, a nade wszystko był to czas spokoju, świętego spokoju, bez sporów. Kochałam i byłam kochana ( figlarny uśmiech ) . Miałam zaufanych współpracowników. Ale cóż, tych lat nie odda nikt i nic.

Adaś: Ale tę idyllę przerwały wydarzenia natury politycznej. Brodria się rozpadał, a pani została wierna rządowi na emigracji, a następnie Carstwu. Czy już wtedy, będąc Carycą marzyła pani o koronie? (z podejrzliwym uśmieszkiem )

Aleksandra: Och, kalkulacja strat i zysków była zawsze obecna (śmiech). Miałam naturalną skłonność dążenia do wysokich godności (z błyskiem w oku). Zadawalałam się jednak godnością żony Cara. Władzę zaś przejęłam w okresie trudnym, gdy Car, można powiedzieć, zdezerterował. Nie spełniałam wtedy marzeń, a jedynie warunki konieczne do dalszego funkcjonowania państwa. Spekulantką jednak, mówiąc szczerze, nie byłam.

Adaś: Jednak koronę z bólem pani synowi oddałaś, a i nie obeszło się bez zarzutów o nagonkę na panią, a nawet akcję terrorystyczną skierowaną przeciwko monarchini.

Aleksandra: Byłam wtedy pod silnym wpływem emocji. Powrócił mój mąż – Car, z wielkimi pretensjami, a przecież działałam w dobrej wierze… Sam powrót Cara był dla mnie podejrzliwy, o czym teraz mówić nie chcę, ale chodziło o spór wewnętrzny w rodzie von Vincis. Nagle zarzucono mi bandyctwo polityczne, co było dla mnie przykre. Tym bardziej, że niedługo przed tym odniosłam ogromny sukces… czy dzisiaj pamięta ktoś, że to ja zakończyłam działalność emigracyjną, przywracając Carstwu na trudnej drodze dyplomacji, wpierw większą połowę ojczystej ziemi (głównie Czuwację i Ostię), a potem całe brodryjskie terytorium? Wydawało mi się, że dzięki temu mam władzę charyzmatyczną. W wyniku mojej pracy Związek Brodryjski na czele z panem Sabatowskim, zrzekł się jakiejkolwiek pretensji do ziem Carstwa… Tak więc, gdy pierwszy Car, był władcą bytu emigracyjnym, ja byłam władczynią państwa w pełnym jego brzmieniu. Takie też państwo przekazałam Synowi, któremu zawsze ufałam… Zrobiłam to by zażegnać spory i zyskać spokój, poza tym wygrałam wtedy wybory prezydenckie w Bialenii, a stało to w sprzeczności z pełnieniem funkcji państwowych w innym kraju.

Adaś: Mówiła pani o wysiłku dyplomatycznym. Jaki były kulisy zdobywania władzy nad całym terytorium Brodrii?

Aleksandra: Praca polegała wpierw na nawiązaniu jakiegokolwiek kontaktu ze Związkiem Brodryjskim, który nie byłby obarczony pustymi frazesami, by móc dojść do porozumienia. Prezydentem Związku był wówczas, już wspominany Kazimierz Sabatowski, człowiek, który w przeciwieństwie do reszty ”związkowców” mówił z sensem, był skłonny do rozmów, ale niebywale podejrzliwy. Na początku w ogóle nie było mowy o jakichkolwiek ustępstwach. Jednak po długich, bardzo długich rozmowach udało mi się nakłonić Sabatowskiego do odstąpienia Carstwu Czuwacji i Ostii, co nie spotkało się w dużej mierze z aprobatą obywateli Związku. Pamiętam, że wielkie pretensje składał, bodajże pan Abramov. Ja byłam wtedy zadowolona i wniebowzięta, uważałam to za ogromny sukces. Cały proces zaś został zakończony w okolicach 5 lutego 2015 roku, gdy Sabatowski ogłosił upadek swojego państwa. Ja zaś anektowałam wówczas pozostałe rdzenne ziemie Brodrii, gdyż Carstwo było naturalnym ich sukcesorem. Niestety to zapomniany sukces. Zdaje się, ze dzisiaj nikt nie pamięta, kto zapewnił temu państwu byt.

Adaś: Jednakże dziś to pani – poniekąd – weszła w rolę „związkowców” biorąc czynny udział w powstaniu nowego „Związku”.

Aleksandra: Nie, nie czuję się ”związkowcem”. Najchętniej widziałabym Brodrię dalej jako monarchię, pod panowaniem Cara Mikołaja. Ja tylko uznałam, że wolę żyć (ba, mam inny wybór?) w niepodległym kraju. Dostęp do ”bialeńskiej” Brodrii straciłam, zdaje się przez to, że już po ułaskawieniu głośno mówiłam, że będę zabiegać o niepodległość od września, zgodnie z bialeńskim prawem. Bo cóż to za carstwo, które jest regionem republiki? Oni (Bialeńczycy) mówią nam, że sobie bez nich nie poradzimy, ale poprzez takie zabiegi, jak usuwanie przez reżim, osób walczących o niepodległość Brodrii, wydaje mi się, ze to Bialenia sprawia wrażenie jakoby bez Carstwa sobie poradzić nie mogła. (uśmiech). Zresztą zwabili nas do siebie by zyskać aktywność. Dzisiaj już wiemy, że była to akcja zaplanowana o kryptonimie ”Dostojewski”, a jej realizowanie zaczęło się gdy Swarzewski został Prezydentem (ostatnim) Federacji Brodryjskiej.

Adaś: Zdaje się, że obecny monarcha – jest zwolennikiem pozostania w granicach bialeńskich. Zresztą owych zwolenników niepodległości jest aż dwóch – pani oraz pan Szojgu. (uśmiech) Gwoli uściślenia, z tego co mi wiadomo, to została pani skazana, za uzurpowanie sobie tytułu „Imperatorowej” , a co za tym idzie zwierzchniczki ziem zajętych (przypomnijmy nielegalnie) przez Carstwo w okresie pani regencji. Skoro już jesteśmy przy tym temacie. Może mi pani opowiedzieć coś więcej o „kamapnii czarnego pijaru” oraz anektowaniu przez panią kolejnych ziem nordackich? Wiedziała wszak pani, że jest to sprzeczne z umową akcesyjną…

Aleksandra: Wiem, że Mikołaj pragnie być carem regiony w Republice, co mnie dziwi… A może mniej by mnie nie dziwiło, gdybym nie została tak potraktowana, jak zostałam. Skazana zostałam, za działalność separatystyczną (podobno), a mówiąc ściślej za to, iż wskazywałam, że w świetle brodryjskiego prawa Umowa między CB a RB nie obowiązuje, bo nie jest umieszczona w Monitorze. Zresztą sam proces mnie zawiódł… Na sam wyrok zmieniono mi Sędziego na Martina Primsza, osobę, do której ja nie pałam miłością, a ona do mnie również. Tym bardziej wyrok był zaskakujący, gdyż niemniej niż dzień przed rozmawiałam z Sędzią prowadzącym – von Hallerem i wieszczył mi kary pozbawienia wolności, jeśli pamiętam na 3 miesiące, ale nie było mowy o śmierci! [1]

Wyrok ten został jednak anulowany, a ja ułaskawiona. Więc powróciłam, chcąc zająć się działalnością filantropijną i na rzecz opuszczenia Bialenii z wrześniem, jednak pan wszechwładny reżimowiec Kamiński postanowił inaczej. Zresztą nie wiem skąd pała do mnie nienawiścią, przypominając ciągle, ze kiedyś nazwałam go ”pryszczatym bufonem, który nie może znaleźć dziewczyny” (coś w ten deseń). Może leczy kompleksy?

Adaś: Sama pani przyzna, że miał jednak powód, by to zrobić…

Aleksandra: Nie wiem, na prawdę nie wiem. A mógłby pan redaktor wskazać ów powód? (po chwili) Używanie tytułu… tak?

Adaś: Tytułu „Imperatorowej” oraz uzurpowanie sobie prawa do posiania nielegalnie anektowanych ziem nordackich

Aleksandra: Z tego co pamiętam chodziło nawet nie o ”Imperatorową”, co robiłam dość sporadycznie, a o tytuł Carycy. Tym bardziej to głupi powód, że po wszystkim, Syn akceptował i zezwolił mi na to. Co do ”uzurpowania sobie praw do ziem nordackich”… cóż, ja sobie praw nie uzurpowałam po ułaskawienu, bo już żadnej władzy nie miałam. Na tej samej zasadzie można skazać osobę, która posługuje się tytułem ”Krul Nordaty”… brzmi jak król.

Adaś: „Z Bożej łaski i woli Narodu Caryca Brodrii i Rosyji, Arcyksiężna Uhrainy, Imperatorka Nordaty” – musi pani przyznać, że brzmi to dosyć pretensjonalnie

Aleksandra: Czy pretensjonalnie, tego nie wiem. Wydaje mi się, że brzmi zgodnie z prawdą. A co najważniejsze zgodnie z klimatem, który pragnęliśmy w Carstwie stworzyć. Miało to być silne, samowładne państwo…

Adaś: Zmieńmy może temat na trochę bardziej – nie wiem, czy będzie, to odpowiednie słowo – „lekki”. Jak się pani czuje po „śmierci” w Bialenii?

Aleksandra: Na Bialenii życie się nie kończy (śmiech). Na pewno czuję się skrzywdzona, wykorzystana, w pewnym sensie wzgardzona. Nie wiem czy wynika to z samego faktu tego nieszczęsnego uśmiercenia mojej osoby, bo dokonał tego człowiek, a właściwie cała szajka, do której szacunku nie czuję, dla nich zawsze byłam nikim… Boli mnie jednak tak nagła, wertykalna zmiana swojego nastawienia w stosunku do mnie u osób mi najbliższych, mojego męża, syna, bliskiego przyjaciele. Potrafili oni w jeden dzień i bez żadnego wytłumaczenia mnie opuścić, odciąć się ode mnie. Szczególnie Andrzej, to stało się tak nagle … A mieliśmy wspólne plany, świetnie się bawiliśmy na baridajskich obchodach, wyśmiewaliśmy się z tej całej sytuacji, która mnie spotkała… Kiedy zaś powiedział mi, ze zamierza kandydować poparłam go, zresztą ta prezydentura miała mi otworzyć drzwi do powrotu.Potem jednak wszystko się zmieniło, rozmawiałam z nim o moim powrocie. On zaczął się delikatnie wycofywać, wpierw mówił, że uzyskam ułaskawienie podczas Dnia Przyjaźni, następnie, że jeśli przeproszę m.in. Primsza, co też na kanale IRC uczyniłam. W końcu powiedział mi o czymś, co ja nazywam szantażem, że Primsz zagroził swoim odejściem z RB, jeśli ja powrócę. Dalej zaś, długo czekałam na jakąkolwiek odpowiedz, wszelkie próby kontaktu kończyły się klęską. Andrzej uciekał od odpowiedzi… Potem zobaczyłam jego wypowiedzi o mnie na forum RB – byłam załamana. Wreszcie, kiedy udało mi się z nim nawiązać kontakt, potraktował mnie dziwnie. W ogóle wykluczył mój powrót, na co ja się zdenerwowałam. Do tego doszło wyśmiewanie się Primsza ze mnie na sarmackim kanale, że Andrzej wybrał go a nie mnie. No cóż, takie jest życie. A szkoda, bo czułam, że pan Swarzewski jest dla mnie jakąś bratnią duszą. Miałam nadzieję, ze będzie nam dane spotkać się w realu, chociażby podczas planowanego zjazdu Bialeńczyków. (po chwili) Jak widać kobieta ma jednak trudniej w mikroświecie opanowanym przez mężczyzn (delikatny uśmiech smutku). Zawsze miałam skłonność do niepoprawnych romantyków, nawet wirtualnych.

Adaś: Można powiedzieć przewrotnie, że nie miała pani szczęścia do mężów. Jednego pani pochowała, a drugi „pochował” panią. (uśmiecha się) Jak pani widzi swoją dalszą przyszłość w mikroświecie? Zamierza pani dalej współpracować z władzami Związku Ludowego?

Aleksandra: Wcześniej miałam więcej optymizmu związanego ze Związkiem Ludowym… No cóż, to nie jest moja bajka, ja jestem z tej kapitalistycznej, burżuazyjnej, pełnej zamków, dworów i pałaców. Cóż mi jednak pozostało? Moja przyszłość jest dla mnie wielką, nieodkrytą kartą. Mam nadzieję, że szczęśliwszą niż dotychczas. To co teraz muszę zrobić, to poważnie się zastanowić w którym kierunku podążać.

Adaś: A jakie są pani marzenia? Powiedzmy, że może złota koza może spełnić jedno pani marzenie, czego pani, by sobie zażyczyła?

Aleksandra: Z tych mikronacyjnych marzeń największym jest… To osobiste, ale naprawa relacji z tymi, których uważałam za przyjaciół. Mam do nich ogromny sentyment i kiedy się odwrócili poczułam złość, wynikającą z niezrozumienia, ale i nostalgię. Ponadto chciałabym, znaleźć sobie wreszcie miejsce na Pollinie, gdzie poczuję się zaakceptowana i potrzebna.

Adaś: Nie wydaje się pani, że Bialeńczycy zniechęcili się do pani właśnie przez owe ekscesy, które wyprawiała pani jako monarchini? Będzie pani próbowała wrócić do Bialenii?

Aleksandra: Byłam monarchinią Brodrii, nie Bialenii. Myślę, że w połowie jestem sama sobie winna i biję się w pierś. Najgorsze i niesprawiedliwe jest dla mnie to, że kiedy próbowałam wytłumaczyć swój punkt widzenia to byłam wyzywana lub wyśmiewana. Jestem kobietą, gdy spokojne tłumaczenie nie przynosi efektów, z natury zwracam na nie uwagę poprzez, może czasem zbyt emocjonalne, podejście. Czy będę próbowała powrócić? Nie wiem, nie wiem czy ma to sens. Zresztą w komunikacie pana Kamińskiego otrzymałam coś w stylu ”żegnaj na wieki”, więc ostatnie pożegnanie już było (śmiech)

Adaś: hmm… jeszcze jedno pytanie nim udamy się na spoczynek. Co zrobiłaby pani, by powrócić do Bialenii? (z uśmieszkiem na ustach)

Aleksandra: Pytanie prowokacyjne (śmiech)… pozbyłabym się Kamińskiego i Primsza. A tak naprawdę, nie wiem co miałabym robić aby zadowolić tę ”elitę”. Być może kiedy podniosę się z kolan i zacznę udzielać się w innej mikronacji, Bialeńczycy sami dojdą do tego, że warto by mnie było mieć w ekipie. (po chwili) Bo jest taka zasada: wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Ja jestem niepokorna, nie krakałam, więc odleciałam.

Adaś: Dziękuję, życzę dobrej nocy.

Aleksandra: Dziękuję serdecznie. Życzę pomyślności i obfitych owoców kapłaństwa.

Gdy kończymy jest już wieczór, po na placu przed kawiarenką ląduje helikopter, który zabiera mnie do Bialenii, zaś moja rozmówczyni – ze smutkiem – udaje się w stronę Spurskiego Hradu – dawnej siedziby Spourburgów…

[1] Wydaje mi się, że rozmowa miała nieco inny przebieg, zdaje się, że poinformowałem panią Dostojewską, że w najlepszym wypadku może liczyć na karę kilku miesięcy pozbawienia wolności, lecz raczej prawdopodobnie czeka ją kara śmierci.

Ciszej nad tą trumną…

Emocje sięgają zenitu, kampania wyborcza wchodzi w swoją najbardziej zaciętą fazę. Wszak od rozpoczęcia głosowania dzieli nas już tylko kilkanaście godzin. Mogliśmy się spodziewać, że właśnie teraz demokracja pokaże swoje prawdziwe oblicze. Codziennie kandydaci bombardują nas masą sondaży, które mają wybadać jakim poparciem się cieszą. Codziennie możemy spotkać się z, wypowiadanymi przez jednego bądź drugiego kandydata, zarzutami odnośnie swego przeciwnika. Wydawać by się mogło, że kandydaci mają dwie gęby – jedną do prawienia przyjaznych epitetów wyborcom, drugą zaś do opluwania się wzajemnie jadem. A my – wyborcy musimy czekać jeszcze kilka godzin, by to wszystko umilkło.

https://i2.wp.com/www.hurriyetdailynews.com/images/1684006-2.jpg

Kolorytu nadaje kampanii fakt, że ostatnimi czasy Caryca-matka przyznała się, iż przez ostatnie miesiące „dla eksperymentu” prowadziła kampanię czarnego pijaru oraz samouwielbienia, która to miała rzekomo przysłużyć się dobru Brodrii [1]. Mnie osobiście ten fakt niezmiernie cieszy, abstrahując od tego, że to wszystko mogło być podyktowane kampanią wyborczą, jestem rad, iż z ust szanownej kandydatki przestaną płynąć słowa pogardy dla pewnych – bliskich mi – środowisk. Do grona przecinków tego typu „eksperymentów” zaliczyć możemy z pewnością drugiego z kandydatów – Markusa Felixa Spirkin von Wettina, który (świadomie bądź nie) wpisał się w wir kampanii negatywnego pijaru zarzucając swej kontrkandydatce nieumiejętne zarządzanie państwem oraz wystawienie Carstwa Brodryjskiego na pośmiewisko opinii międzynarodowej. Naturalnie nie pozostało to bez responsu – mówiąc obrazowo, bo sam Bóg raczy wiedzieć kto zaczął całą tę przepychankę – ze strony Jej Carskiej Wysokości. Oto powtórzyła ona – coraz popularniejsze w pewnych kręgach – pogłoski, której w ustach byłej Prezydent Republiki zabrzmiały jak oskarżenia, o tym że poparcie, który cieszy się kandydat zawdzięcza „kupczeniu stołkami”. Zarzut ten w nieco ironiczny sposób skomentował sam oskarżony, pytając:

Skąd ja wezmę 13 urzędów do ustawienia?

Przeto zarzut Aleksandry Dostojewskiej-Swarzewskiej wydaje się być mocno przesadzony, co nie zmienia faktu publiczne oferowanie przyszłych stanowisk (ot choćby na kanale IRC) może być przez niektóre środowiska uważane za niesmaczne.

Warto także zwrócić uwagę na to w jakim kierunku zmierza kampania wyborcza. Dyskusje, odbywające się między kandydatami nie mają podłoża merytorycznego – mało kto w ogóle pamięta o tym, by rozmawiać o programie. Miast tego spotykamy się z argumentami ad personam – czy to w kwestii czarnego pijaru czy to w kwestii „handlu stołkami”. Co cieszy się większym zainteresowaniem? Program czy wzajemne utarczki słowne kandydatów pod kolejnymi sondażami? Zastanówmy się jaką drogą idziemy, ba! dokąd ona zmierza. Być może słowa (notabene jedne z najbardziej roztropnych w tej kampanii), które wypowiedział prof. Swarzewski okażą się prorocze? [2] Możemy się tylko zastanawiać jak długo będzie trwała jeszcze wojna bialeńsko-bialeńska (parafrazując nieistniejącego klasyka).

Rodzi się teraz pytanie – czy nie byłoby dobrze, choćby dla samego ostudzenia atmosfery, gdybyśmy wprowadzili obowiązkową „ciszę wyborczą”? Mnie osobiście nudzi ta cała maskarada. Temczasem moi państwo – ciszej tam nad tą trumną. Trumną, którą jest niewątpliwie, budzący zawiść, system demokratyczny oraz jego kwintesencją w postaci kampanii wyborczej.

[1] http://spolecznosc.bialenia.net.pl/index.php?topic=3378.0

[2] http://spolecznosc.bialenia.net.pl/index.php?topic=3391.msg33894#msg33894

Mościpanowie – do bram!

Spodziewam się, że treść tego artykułu może wzbudzić konsternację spośród niektórych moich czytelników, ale cóż przywykłem już do tego. Teraz jako osoba, nieangażowana w żaden sposób w  politykę międzynarodową, mogę sobie pozwolić na popuszczenie pióra. Żywię nadzieję, że te kilka zdań naświetlą nieco motywy, jakimi kierowałem się będąc jeszcze ministrem dyplomacji podczas owej rzekomo bulwersującej rozmowy [1].

Można by ulec wrażeniu, że od jakiegoś czasu fundamentem polityki zagranicznej Republiki Bialeńskiej jest otwartość – na wszystko i na wszystkich. Me wielkie zdumienie budzi fakt zbliżania się Bialenii (poprzez Brodrię) do Batawii. Ziemię brodryjską zalewają rzesze książątek batawskich, ludzi którzy mogą się pochwalić udziałem w rozlicznych wojenkach domowych, a przez swoją kilkumiesięczną karierę zdążyli być zarówno monarchami, prezydentami, rewolucjonistami, jak i budowniczymi nowej ojczyzny. Co się stanie jeśli ta fala dopłynie także do państwa bialeńskiego? Wszak zdobycie (kolejnego) obywatelstwa to błahostka, zwłaszcza w systemie, który otwarty jest na każdego. Czy chcemy w Bialenii powtórki z Batawii – kraju, gdzie wybuch rewolucji stoi niemalże na porządku dziennym. Postaram się nawet zaryzykować tezę, że przepływ tego typu quasi imigrantów, sprawia „yoyonacyzację” kraju, czego sutki można zaobserwować już w autonomicznej Brodrii, której władze szykują podbój połowy Nordaty. Aż ciężko się połapać w roszadach, ruchach, sojuszach i mnóstwie państewek, których celem jest podbój kolejnych pikseli. Kto wie czy do tego „zaszczytnego” grona wkrótce nie dołączy Bialenia? Kto może przewidzieć, co się stanie, gdy do władzy w Bialenii dojdą politycy stricte nordaccy…

Cóż tedy robić? Najbardziej sensownym rozwiązaniem wydaje się być zaostrzenie kryteriów przyznawania obywatelstwa. Godną rozwagi propozycję [2] przedstawił swego czasu, która mogłaby ograniczyć nieco falę przybyszów z Nordaty. Wydaje się, że każdy kto czuje się Bialeńczykiem winien mieszkać w Bialenii, każdy zaś kto czuje się Batawczykiem winien mieszkać w Batawii oraz działać dla jej dobra.

9. Koniec z posiadaniem więcej niż jednego obywatelstwa

https://i0.wp.com/xe.cdn03.imgwykop.pl/c3397993/link_eHtZAdODQhggcw0qf76oXboiguTS5Gqy,w300h223.jpg

Nie twierdzę bynajmniej, że przypływ nowych mieszkańców – nawet tych, który uprzednio mieli inną ojczyznę – na ziemi bialeńskie jest złą tendencją. Wręcz przeciwnie! Nie możemy jednak pozwolić, by wpływ na bialeńskie prawodawstwo, na bialeńską politykę zagraniczną miały osoby, mające inną ojczyznę – gdzieś po drugiej stronie Nordaty. Jeśli ktoś zamierza naturalizować się i zostać Bialeńczykiem, to wybornie, ale niechaj przestanie być sługą tej bestii – yoyonacyjności. Przeto apeluję do wszystkich, którym bliska raison d’État Bialenii – do bram!

Co zaś się tyczy samego zbliżania się do owych nordackich tworów – też potrzebne nam będzie doza zachowawczości, niektórzy uważają, że część krajów, istniejących na Nordacie dobrze prosperuje na przyszłość. Szczerze powiedziawszy uważam to za przejaw zbytniego optymizmu. Co nie zmienia faktu, że za jakiś czas może się narodzić coś sensownego w tych państwach. Jednakże póki co są to siedliska rewolucji i ciągłej wojenki domowej. Nowe twory państwowe powstają, gdy rzekomo wypalają się stare…. A sensowne postulaty są zagłuszane przez zwolenników budowania nowego lepszego świata. Przeto postuluję – do póty sytuacja na Nordacie się nie uspokoi – o stworzenie kordonu ochronnego przez bialeńską dyplomację, który oddzieli Bialenię od „wojującej północy”. Co oczywiście nie powinno wykluczać możliwości przejazdu osób prywatnych do owych państewek, celem pomocy w budowie struktur państwowych i zaprowadzania porządku na tych terenach. Naturalnie zakładając, że znajdą się w Bialenii tacy odważni ludzie…

[1] http://spolecznosc.bialenia.net.pl/index.php?topic=3339.0

[2] http://spolecznosc.bialenia.net.pl/index.php?topic=3344.0

Anty-panegiryk na powrót hrabiego

Dziś w Republice Bialeńskiej wielka katastrofa – na stare śmieci powraca, „uwielbiany” przez wszystkich mieszkańców, Adam Aleksander (już nie Dostojewski von Vincis). Wraca – powiedzmy złośliwie  – by znów w niespodziewanym momencie opuścić państwo. Wraca – powiedzieliby dawni „łatkawianie”  – by znów spiskować z Kucelem przeciwko oazie spokoju i stateczności – Batawii. Wraca – powiedziałaby księżniczka z wieży Sankt Aleksandrovskiego zamku – by, wraz z plugawym plemieniem wężowym von Vincisów, zwalczać wspaniałą Semiramidę Nordaty . Wraca – powiedziałby obserwator bialeńskiej sceny politycznej – niepoprawny romantyk, którego celem jest przywrócenie monarchii, ustroju niefunkcjonującego w Bialenii od dawien dawna. Oto ten wichrzyciel i rewolucjonista, co więcej romantyczny wariat, którego umysł jest pełen utopijnych wizji, znów ośmiela się stąpać swoimi plugawymi stopami po Uświęconej Republikanizmem Ziemi Bialeńskiej. https://i1.wp.com/static1.menstream.pl/i/art/11/295435_big.jpg Jakże prorocze byłby to wizje. Nie minęło kilka godzin, by – w dawno nieużywanym – sądzie pojawił się akt oskarżenia, godzący w majestat Imperatorowej – przykład bezczelnego stosowania czarnego pijaru. Nie ulega wątpliwości, że za tym podstępnym aktem oskarżenia stał właśnie ON – przecież nie od dziś wiadomo, że w swoich plugawych rozrachunkach niejednokrotnie bratał się z oskarżycielem. To z pewnością jego zakulisowe gry sprawiły, że niezwykle zajęty Wysoki Sąd będzie musiał wydawać wyrok przeciwko krystalicznie czystej brodryjskiej monarchini. Spójrzmy prawdzie w oczy – ten osobnik, to nie „popijający herbatkę hrabia”, to groźny rewolucjonista, którego celem jest zwalczanie aleksandryzmu absolutnego oraz rewolucyjna walka o monarchię, która w warunkach brodryjskich nie ma szans na realizację. To groźny terrorysta, przeto powiedzenie „nie popieram” przy jego (haniebnym) wniosku o obywatelstwo, wino być obowiązkiem każdego, komu miłe jest dobro Bialenii. Otwartość na Batawczyków, troska o „krystaliczność” Semiramidy – to na tych fundamentach zbudowana być powinna nasza niechęć (nasze obrzydzenie) do osoby hrabiego. Nie zaś na surrealistycznych koncepcjach skompromitowanych polityków.

Czy widmo zdziała coś w Bialenii?

Biała kulka z czarnym krzyżem lotaryńskim i wściekle czerwonymi oczami straszy na pierwszych stronach pewnego czasopisma satyrycznego. Czy uda nam się doprowadzić do tego, że ta urocza biała kuleczka włoży koronę na skroń swego zielonego przyjaciela? Samo jego zadanie na terytorium republikańskiej Bialenii może spowodować, że tutejszy beton polityczny wyleje na nas wiadro brudnych pomyj. A i nie wykluczone, że zagrożą nam wojskowym zamachem stanu jeśli ośmielilibyśmy się wprowadzić ustrój monarchistyczny. Jednak zakładając, że znajdzie się osoba, która będzie chciała wysłuchać odpowiedzi na powyższe pytanie retoryczne – postaram się ją znaleźć.

https://lh3.googleusercontent.com/-lJRtSc3h_TE/VSGf5rCr1wI/AAAAAAAAA00/6l91pRfHTW4/s683/srk.jpg

Na podstawie rysunku Kristiana Iversena[1]

Naturalnie, jako konserwatyści powinniśmy sięgnąć do korzeni. Wbrew pozorom nie znajdziemy tam samych wojowników republikańskich, walczących z zielonym sztandarem z Sarmatami. Zapomnijmy na chwilę o Powstaniu Marcowym. Cofnijmy się niecałe pięć lat do tyłu. Pod koniec września, znany nam skądinąd Andrzej Swarzewski wraz z 11 emigrantami sarmackimi, zakłada Królestwo Bialenii. Urokliwe miasto Dolonograd zostaje stolicę Królestwa, a wielokrotny prezydent Bialenii zostaje monarchą. Niestety piękna historia kończy się po kilku dniach, gdy Królestwo upada. Niemniej jednak, błędem jest mówienie, iż Bialenia posiada tylko i wyłącznie tradycje republikańskie. W tym roku, gdy radośnie bierzemy udział w świętach ku czci, wybitnych niewątpliwie powstańców marcowych, czy innych patronów Republiki, nie zapominajmy o tych kilku wrześniowych dniach, gdy po ziemi bialeńskiej dumnie stąpał monarcha. Tak więc możemy śmiało powiedzieć, że jako kraj posiadamy tradycje monarchistyczne.

Kolejną sprawa to legitymizacja monarchy. Oczywiście musimy (ze smutkiem) zapomnieć o znanej nam ze świata realnego prawdzie, iż władza królewska pochodzi tylko od samego Boga. Wpływ Pana na działalność społeczności internetowej zdaje się być mało prawdopodobny. Choć oczywiście wszystko jest możliwe… Zapomnijmy jednak na chwilę o tej niewątpliwie ważnej kwestii, by zadać sobie pytanie skąd jeszcze mógłby wziąć się monarcha. Monarchów możemy szukać spośród starych rodów, które w przeszłości sprawowały władzę w naszym kraju. W Bialenii takowych rodów nie ma, lecz Bialenia miała kiedyś króla. W takim razie, zgodnie z tym, o czym pisałem w powyższym akapicie możemy uznać, że jednym z kandydatów do tronu jest Andrzej Swarzewski. Jako twórca zarówno Bialenii w obecnej formie, jaki i dawnego Królestwa miałby do tego pełne prawo. Załóżmy jednak, że obecny Wielki Kniaź Venomanii w swej skromności nie przyjąłby tytułu królewskiego. Cóż tedy? W zamierzchłych czasach, gdy barbarzyńcy wybierali spośród siebie najwybitniejszego męża, osobę wyróżniającą się spośród tłumu, posiadającą niewątpliwe cechy przywódcze, mogącą poprowadzić owe plemię – czy też później „państwo” ku zwycięstwu. Z biegiem lat ów wybór zostawał uświęcony przez Kościół. Oczywiście podaję tu ino przykład jednego, niezwykle charakterystycznego państwa europejskiego  – oczywiście nieistniejącego, jak cały świat realny. Nie powiemy chyba, że w Bialenii brakuje wybitnych polityków… Tak zatem istnieje taka możliwość, jednak, by monarcha (zwłaszcza taki wybrany „z woli ludu”) różnił się czymś od zwykłego „prezydęciny” potrzeba w tym wszystkim swoistego pierwiastka sacrum. Jak już wcześniej wspomniałem pozwoliłem sobie wykluczyć interwencję Boga w losy internetowej społeczności. Cóż zatem może Go zastąpić? Pewną namiastką owego sacrum – w warunkach mikroświatowych jest Kościół (notabene w Bialenii również takowy istnieje) – powiedzmy rotryjski. W tym wypadku możemy wzorować się chociażby na Królestwie Agurii. Podczas koronacji Jego Królewskiej Mości Piotra II Konstantego zabrakło duchownego, który mógłby zgodnie z rotryjskim prawem kanonicznym koronować monarchę. Po wielu dysputach i sporach – widzimy zatem, iż Aguryjczykom brakowało na swój sposób owego sacrum – patriarcha przekazał koronę kanclerzowi Horochowi. Tak zatem restauracja oraz legitymizacja monarchii  w Bialenii, na swój sposób zgodnej z powszechnie przyjętymi zasadami jest możliwa[2]… Naturalnie istnieją jeszcze inne rozwiązania. Mikroświat aż roi się od rodów, w których żyłach płynie krew królewska – wystarczy ino poszukać a chętny na Tron Dolnogradzki z pewnością się znajdzie.

https://i0.wp.com/www.wisoveg.de/wisoveg/heimatkalender-eu/2004/chlodwig2.jpg

Co my – słabi konserwatyści – możemy w tej sytuacji zrobić? Przede wszystkim trzeba nam stworzyć system prawny, który umożliwi zmianę ustroju w sposób pokojowy i poukładany. Zdaje się zatem, iż podstawową sprawą będzie wytworzenie instytucji, która umożliwi nam transformację ustrojową. Taką rolę spełniłaby  osoba Regenta, który na czas przygotowywania do restauracji monarchii objąłby władzę dyktatorską. A zatem do dzieła! A zatem już wkrótce będziemy mogli krzyknąć: Vive le roi!

[1] http://v-microball.blogspot.com/2015/04/widmo-monarchizmu.html

[2] Mam nadzieję, że powyższego tekstu nie przeczyta (nieistniejący) profesor Bartyzel – załamałby się wywodem, jaki wyprowadziłem.